| moje-male-paranojeblog - archiwum: Pisanina, gdy czas nagli i każe biec myślom do kolejnej strony w podręczniku do nauk pomocniczych hi |
| Strona główna |
Pisanina, gdy czas nagli i każe biec myślom do kolejnej strony w podręczniku do nauk pomocniczych hiTak to już jest, że najmniejszy zapał do pracy się ma, gdy wskazówki zegara gnają szybciej niż zwykle i niebezpiecznie zbliżają się do godziny „0”. I minuskuła jest ciekawie nieczytelna-dla-mnie. Dzięki Ci, Panie, że nie mam w planach zajmowania się średniowieczem... Każdy, kto mnie trochę zna wie, że jestem niepoprawną warszawską szowinistką. Ci, którzy znają trochę lepiej, mają świadomość mojej miłości do miasta rodzinnego i – często dla mnie samej zabawnego – wynikającego stąd poczucia swoistej nobilitacji. Tymczasem, powoli zaczynam nieco modyfikować określenie Warszawiak/Warszawianka (pisownia z wielkiej litery zastosowana w pełni świadomie i celowo). Dawniej, wszystko było takie proste – Warszawiakiem jest ten, kto może wylegitymować się swoimi korzeniami. Wszystko fajnie. Definicja bardzo prosta i mnie przyjazna. Alergia na grupę napływowych, często nazywanych przeze mnie ludźmi ‘granatem od pługa oderwanych’, jest w tym ujęciu w pełni zrozumiała – bo oni są tu, a ci, którzy mają do tego większe prawo w Rzeszowie czy Opolu, bo historię mamy taką, a nie inną... Obecnie do głosu dochodzi nieco inne zagadnienie, choć – zapewne – do jakiegoś stopnia korespondujące z pochodzeniem. Tożsamość. Poczucie przynależności do tego Miasta, które umierało kilkakrotnie i właściwie... Nigdy się nie podniosło. Nie w takim sensie, w jakim ja je rozumiem. Aby być częścią tego miasta, by móc nazwać się Warszawiakiem, trzeba to miasto, czuć, rozumieć... A do tego droga długa i niełatwa, jak i jego przeszłość, ślady przeżyć Stolicy obecne na każdym kroku. Spotykam się z ludźmi, którzy z jednej strony, mają silne związki genealogiczne z Warszawą, ale są bardzo ubodzy na płaszczyźnie emocji wobec miasta, w którym żyją. Czy według nowej definicji mogę nazwać kogoś takiego szczerze Warszawiakiem? Z drugiej strony, coś mnie ściska za gardło, kiedy widzę przyjezdnego, który wiąże się ze stolicą tak, jak powinien być z nią związany przykład pierwszy; który szuka śladów przeszłości; który kocha; jest zafascynowany; czuje... Takich ludzi chcę spotykać jak najwięcej. Tych ludzi chcę nazywać Warszawiakami. Ci mają pełne prawo do tego miana. Jedno się nie zmieniło – nadal, gdy ‘element napływowy’ głośno narzeka na Warszawę, obsypuje ją nieparlamentarnymi epitetami i miesza z błotem, rzucam czym popadnie i poszukuję ciężkich butów, by takowych wykopać stąd jak najszybciej. W tym powietrzu nie ma miejsca na jad kogoś, kto nie rozumie miejsca, do którego zawitał. Ot, mój parszywy warszawski szowinizm. moje-male-paranoje 2008-11-17 23:20:57 skomentuj (3) |